Wyprawa na Palau
W dniach 09 – 22 maja 2013 roku, z Jackiem byliśmy uczestnikami wyprawy nurkowej na Palau w Mikronezji Zachodniej. Podróż zaczęła się w Szumowie gdzie dołączyliśmy do przyjaciół z Klubu Skalar w Białymstoku. Łącznie grupa liczyła 18 osób. Perfekcyjna organizacja. Hotele, transfery, wszystko dopięte na „ostatni guzik”. Przygotowanie do wyprawy trwało około roku, Oskar z Klimasem wykonali ciężką robotę.
Przez Paryż dotarliśmy do Tokio, tam spędziliśmy jeden dzień, który poświęciliśmy na zwiedzanie centrum miasta i zajadanie się sushi. Następnego dnia późnym wieczorem dotarliśmy do Palau do miasta Koror. Na pokład sporego katamarana weszliśmy w niedzielę. Po szkoleniu z zasad bezpieczeństwa na łajbie, używaniu toalety (system amerykański) i omówieniu regulaminów związanych z nurkowaniem udaliśmy się na pierwszy posiłek.
Podczas całego pobytu jedzenie było rewelacyjne, urozmaicone i obfite. Szef kuchni - Mani dwoił się i troił, aby zadbać o nasz podniebienia. O napojach nie piszę, ponieważ jest to mało pedagogiczny temat
Wcześnie rano w poniedziałek ruszyliśmy do Ulong. Nasze pierwsze nurkowania sprawdzające były w Sandy Heaven. To było płytkie, łatwe nurkowanie. Widzieliśmy rekiny szare, barakudy, i scorpionfish . Nasze następne nurkowanie było trochę głębsze, wpływaliśmy do tunelu Siaes na głębokość 30 metrów. Następne nurkowanie odbywało się w prądzie w miejscu o nazwie Corner Siaes. Wyposażeni w linki przypięte do jaketów zakończone hakiem zaczepieni o skały „wisieliśmy” w nurcie i oglądaliśmy szare rekiny rafowe.
Na czwarte tego dnia nurkowanie udaliśmy się do słynnego kanału Ulong. A tam znowu rekiny, które tym razem podpływały do nas bardzo blisko.
Wtorek rozpoczyna się krótką przejażdżką do Blue Corner. Tu w średnim prądzie bawiliśmy się ze sporym napoleonem. Kolejne wejście pod wodę było w miejscu Turtle Cave był to „komin”, przez który wpływało się do gigantycznej jaskini , w której były żółwie i bardzo dużo malutkich rybek i ślimaków. Po obiedzie i ponownym nabiciu butli skok do wody w miejscu zwanym German Cannal. Znajduje się tam stacja czyszcząca, do której przypływają między innymi manty. Niestety tego dnia nie udało nam się ich spotkać. Chętni mogli wziąć udział w nurkowaniu nocnym.
W środę zaczęliśmy nury znowu na German Cannal i tym razem uśmiechnęło się do nasz szczęście. Przypłynęła piękna duża, dostojna manta, która dość długo pozwoliła się podziwiać.
Nurkowanie numer dwa było w Blue Holes. Oświetleni promieniami słońca zanurzyliśmy się w skalnych otworach, przepłynęliśmy przez jaskinię, a po wypłynięciu z niej dryfowaliśmy w prądzie i znowu podziwialiśmy napoleony, rekiny szare, żółwie i cudowne łąki koralowe, pośród których pływały niezliczone gatunki małych rybek i spore ławice ostroboków.
Czwartek. Najbardziej zaskakujące nurkowanie na Peleliu Cut. W tym miejscu Morze Filipińskie wpływa do Oceanu Spokojnego. Na briefingu usłyszeliśmy o bardzo silnych prądach, czyli kolejne nurkowanie z hakami. Bardzo szybko zanurzyliśmy się z Jackiem i przewodnikiem Jim’em, schodząc pod wodę praktycznie głową pionowo w dół osiągnęliśmy głębokość 30 m, a potem porwał nas w górę silny prąd wynoszący. Udało nam się zahakować nad krawędzią ściany. Jednakże prąd był tak silny, że nie było możliwości utrzymać się w dryfcie. Przylgnęliśmy, więc do rafy trzymając się z całych sił skał. Prąd zsuwał mi maskę i aby jej nie stracić jedną ręką musiałem ją przytrzymywać. Po jakimś czasie zoriętowałem się, że jest nas tylko trzech: Jacek, Kendo i ja. Zniknął nasz przewodnik. Za chwilę z toni wypłynął Oskar, który z maksymalnie napompowaną kamizelką i silnie pracując płetwami ciągnął w górę. Porwał go prąd wpychający do dołu. Później opowiadał, że w szybkim tempie osiągnął 40 m i wciągało go głębiej. Leżeliśmy tak sobie około 20 minut na głębokości 16 m. Nagle pojawił się Jim i gestykulując kazał nam się oderwać od rafy. Pokoziołkaliśmy na rafę jak bezwładne kukiełki. Po strzeleniu bojki i zrobieniu przystanku higienicznego wynurzyliśmy się. Na łodzi okazało się, że reszta grupy nie była w stanie się zanurzyć, ponieważ trafili na prąd wynoszący. Kapitan Eik stwierdził, że dawno nikt nie wytrzymał pod wodą w tym miejscu tyle czasu. W sumie ciekawe doświadczenie. Co do widoków, większość czasu obserwowałem swoją dłoń chroniącą maskę przed zerwaniem .
Pierwsze podczas wyprawy zejście na ląd. Załoga naszego katamaranu - Tropic Dancer zorganizowała nam wycieczkę na wyspę. W tym miejscu w 1944 roku rozpoczął się desant U.S. Army. Na wyspie Peleliu toczyły się zacięte walki z wojskami japońskimi. Są pozostałości czołgów, wozów bojowych, bunkry japońskie i systemy tuneli, w których stacjonowali Japończycy.
I znowu do wody.
Tym razem delikatny prąd. Mureny, dużo żółwi, kraby i ogromne ławice różnorodnych kolorowych ryb. Przepiękne ogrody koralowców opadające w dół na szerokim plateau mieniły się w promieniach słońca. Tego dnia mieliśmy ostatnie nocne nurkowanie – German Coral Garden. Uzbrojeni w latarki buszowaliśmy po rafie. Jacek tropił krewetki wybałuszające oczy spomiędzy koralowców.
W piątek wróciliśmy do Blue Corner, znowu dość silny prąd i niezbędne były haki. Nurkowanie na głębokości 20 m, dużo rekinów.
Drugi nur na Panna Blue Holes. Kolejny komin, ładna ściana porośnięta koralami, płyniemy przepływając kilka kanionów. Nur numer trzy Dexter’s Wall, miejsce obfitujące w żółwie i znowu niezliczone ławice różnorodnych rybek, ładne plateau. Myślę, że było to najładniejsze miejsce ze wszystkich, na których nurkowaliśmy.
Nur numer cztery New Drop Off i znowu rekiny i żółwie – nuda )).
Ostatni dzień nurkowania nie był wcale ulgowy. Zaczęliśmy od jeziora Jelly Fish Lake. Pływanie „na fajeczce”. Miliony pomarańczowych meduz w słodkowodnym jeziorze. Meduzy w drodze ewolucji zatraciły zdolność do parzenia. Fajna sprawa, pływanie w poruszającej się galarecie. Popływaliśmy jeszcze łodzią pomiędzy malowniczymi wysepkami porośniętymi bujną, tropikalną roślinnością. Na koniec niespodzianka, po zawinięciu do portu wskoczyliśmy w pianki, sprzęt na plecy i do wody. Wizura fatalna, efekt ulewnego deszczu, ale…. Wpłynęliśmy do jaskini i tu kolejny zachwyt. Ogromne stalaktyty i stalagmity kilkumetrowej długości. W sumie przepłynęliśmy przez cztery jaskinie, a każda z nich ciekawsza. Na zewnątrz znaleźliśmy niesamowicie umaszczone rybki mandarynki, schowane pomiędzy koralami. Na tym zakończyliśmy nurkowania.
Trudno opisać to co widzieliśmy pod wodą. Na dobrą sprawę można stwierdzić, że pływaliśmy w żywym atlasie ryb i zwierząt morskich. Ten kto stwierdził, że Palau to najlepsze miejsce nurkowe na świecie, bez wątpienia miał rację.
Po zejściu na ląd mieliśmy trzy doby na zwiedzanie wyspy. Samoloty latają do Koror tylko dwa razy w tygodniu. Szwędaliśmy się po mieście, zajadaliśmy się sushi i sashimi, piliśmy lokalne piwo Redruster. Ja z kolei nie mogłem oprzeć się pokusie odwiedzenia tego egzotycznego dla mnie browaru, co też uczyniłem z kilkoma kolegami. Atmosfera była świetna i koleżeńska. Do tego legendarne teksty z filmów Barei i Tyma: „ Matka siedzi z tyłu! Tak powiedział”.
Gwieździste niebo po zachodzie słońca ukazywało nam krzyż południa i śmiesznie dla nas odwrócony wielki wóz.
Koniec urlopu. Jeszcze tylko 19 godzin łącznego lotu z dwoma przesiadkami i znaleźliśmy się w kraju. Polska przywitała nas chłodem: 100C. Po dwóch tygodniach w tropikach, z temperaturą powietrza 350C i temperaturą wody 300C, można było trochę się zdziwić.
|